Kontra

Nieprzyjemne mrowienie

„Kontra” to zwieńczenie debiutanckiej trylogii Wojtka Miłoszewskiego opowiadającej o współczesnej inwazji Rosji na Polskę. Niby nie porwała mnie ta seria, ale jednak przeczytałem trzy powieści, każdej z nich poświęcając maksymalnie kilka dni. Dlaczego? Bo to jednak page-turnery z wartką akcją i brakiem przestojów. Styl autora jest stosunkowo transparentny – po prostu jest, a język nie ma zachwycać, lecz informować o kolejnych wydarzeniach. Nie znaczy to, że czyta się źle – wręcz przeciwnie, ale zwyczajnie nie mamy poczucia obcowania z wielką literaturą.

To co autorowi zdecydowanie się udało, to pokazać, jak mógłby wyglądać współczesny konwencjonalny konflikt zbrojny (bombardowania, walki w mieście, a nie grożenie sobie atomówkami czy bronią biologiczną) i jak szybko cywilizowany kraj mógłby przekształcić się w iście postapokaliptyczną krainę, w której jedzenie jest na wagę złota, a zwyczajni ludzie nagle tracą opory przed pospolitymi morderstwami. Zniszczona Polska momentami przypomina lokacje z „The Walking Dead”, brakuje tylko zombie i kanibali, ale za to dostajemy małe zamknięte społeczności o sekciarskim charakterze. Brzmi znajomo, prawda?

Również główni bohaterowie to postaci z krwi i kości. Są dobrze zarysowani, barwni, a podczas trylogii przechodzą często niezwykłą (ale wciąż realistyczną) przemianę. Ich losami można się faktycznie przejąć, chociaż czasami ma się wrażenie, że ich działania nie mają większego wpływu na rozwój akcji. Z drugiej strony mówimy o kolejnej wojnie światowej, a wśród bohaterów mamy m.in. byłego nauczyciela czy zawodowego żołnierza z niskim oficerskim stopniem – trudno oczekiwać, że to oni zdecydują o losach świata. Oni próbują się tylko jakoś odnaleźć w nowej rzeczywistości.

Największą wadą całej trylogii są jednak sceny na wyższym szczeblu – gdy rozmawiają ważni politycy, przywódcy czy generałowie. Te fragmenty zdają się być wyrwane z zupełniej inne książki – nieudanej politycznej satyry z suchymi dowcipami. Nagle autor zapomina o realizmie, a zastępuje go groteska. Takie zmiany potrafią skutecznie zniszczyć immersję. Na szczęście nie ma ich aż tak dużo, żeby przekreślić przez to całą trylogię. Zastanawiam się tylko, dlaczego autor poszedł w tym kierunku. Ewidentnie potrafi wywołać u czytelnika zawieszenie niewiary, a co kilkanaście-kilkadziesiąt stron wybijał mnie z rytmu wspomnianymi wstawkami. W każdym razie, trylogia Miłoszewskiego to dobra lektura na długie wieczory. Lektura stosunkowa lekka, ale pozostawiająca z nieprzyjemnym mrowieniem pod paznokciami – niby political fiction, ale czy aż tak nieprawdopodobnie? A konsekwencje wojny, które opisał autor, byłyby przerażające.

Dodaj komentarz