Córka trenera

Prowincjonalne tournée

Już sam tytuł tego filmu szybko naprowadza nas na jego główny motyw. Młoda tenisistka Wiktoria oczywiście ma swoje życie, ale przede wszystkim jest córką trenera, to on ją definiuje i próbuje – raczej nieświadomie – narzucić jej jedyny słuszny pomysł na życie.

W najnowszym filmie Łukasza Grzegorzka obserwujemy swoiste prowincjonalne tournée Macieja Korneta z 17-letnią latoroślą – młodą sportsmenką z wielkim potencjałem. Kornetowie jeżdżą z turnieju na turniej, nocują w obskurnych motelach we wspólnym pokoju i próbują nie stracić motywacji, a o to nie trudno. W końcu ranga tych turniejów jest niewielka, a biorą w nich udział zarówno potencjalni profesjonaliści, jak i totalni amatorzy. Można odnieść wrażenie, że przewracane przez najlżejszy podmuch wiatru puchary nie są żadną nagrodą, lecz przypomnieniem, że droga do prawdziwej kariery jest bardzo długa.

Ojciec Wiktorii sam jest niespełnionym tenisistą – wystarczająco dobrym, by uczyć grać bogaczy, ale za słabym, by kiedykolwiek znaczyć coś na korcie. To ewidentne, że próbuje spełnić swoje ambicje poprzez córkę, ale tradycyjnie w takich przypadkach – nie zdaje sobie z tego sprawy. Dodatkowo Maciej bierze pod swoje skrzydła spotkanego na turnieju Igora. Widzi w nim potencjał i chce mu pomóc, bo jak nie on, to nikt inny tego nie zrobi. Tak przynajmniej wmawia sobie Maciej, a tak naprawdę gdy zaczyna się koncentrować na chłopaku, narzucać mu treningowy reżim, to łatwiej może zapomnieć o swoim życiu.

Warto podkreślić letni, nieco sielankowy charakter produkcji. Raczej nie uświadczymy tu rosnącego napięcia, chociaż obserwujemy jak Wiktoria powoli zaczyna się buntować, gdy uświadamia sobie, że rezygnowała z różnych rzeczy, nigdy ich nie spróbowawszy, tylko dlatego, że tak powiedział jej ojciec. Ojciec, który jest wymagający, potrafi ją solidnie wkurzyć, ale którego jednocześnie bezgranicznie kocha. Jak więc mogła się nie stosować wobec jego poleceń? Teraz wreszcie, początkowo nieśmiało, zaczyna odkrywać samą siebie. Pozwala sobie nie tyle czerpać z życia garściami, co w ogóle w ogóle otworzyć wcześniej nieświadomie zaciśnięte w pięść dłonie, by wylądowały na nich drobinki unoszącej się w powietrzu samodzielnej dorosłości. „Córka trenera” to wiele filmów w jednym, także popularny w amerykańskim kinie niezależnym coming-of-age.

Wspomniałem, że w „Córce trenera” raczej nie ma sensu czekać na napięcie i efektowną kulminację. Niby jesteśmy świadkami buntu Wiktorii, ale prawdziwy dramat nie rozgrywa się w czasie między kilkoma prowincjonalnymi turniejami. On już się rozegrał lata temu, gdy ukształtował Macieja i kazał mu na wszelką cenę dążyć do sportowego sukcesu – niezależnie od tego, czyimi rękoma zostanie osiągnięty. Gdzieś się zagubił i raczej trudno oczekiwać, że odnajdzie się, klucząc po podmiejskich drogach.

Za egzemplarz filmu dziękuję dystrybutorowi – Galapagos.

Dodaj komentarz