Sherlock Holmes Society #2

Śledztwo trwa

Podczas lektury drugiego epizodu przygód Sherlocka zastanawiałem się przede wszystkim, po co w ogóle był pierwszy tom. Pierwsza strona tego komiksu udanie streszcza poprzedni tom: w irlandzkiej wiosce Keelodge doszło do tragedii – przemieni w zombie mieszkańcy spłonęli w pożarze. Już wtedy zupełnie nie pasowało mi to Holmesa, zdania nie zmieniłem. Tak czy inaczej, Sherlock nie przerywa swojego śledztwa i próbuje dowiedzieć się, kto był odpowiedzialny za stworzenie substancji, która przemieniła trzy setki Irlandczyków w bezmyślne potwory.

Tym razem rzeczywiście mamy do czynienia ze śledztwem. Sherlock sprawdza kolejne tropy, zdobywa informacje, które posuwają akcję do przodu, a nam pozwalają zrozumieć, że w tragedii w Keelodge nie było nic przypadkowego. Nie będzie wielkim spoilerem, jeśli zdradzę, że w powieści pojawia się Edward Hyde – zbieżność nazwisk nieprzypadkowa, bo w istocie jest on personifikacją drugiej osobowości doktora Jekylla. Niektórzy uznają to fajny easter egg, dla mnie jest to niepotrzebne nawiązywanie do klasyki. Jasne, historia tej postaci łączy się z tajemniczą substancją, ale nic to nie wnosi do fabuły.

Poprzednio pisałem, że zabrakło mi błyskotliwości Sherlocka, co wynikło także z tego, że nie miał okazji się wykazać. Tym razem mamy nieco więcej dedukcji, ale nie wybijają się na tle zwyczajnych detektywów z przypadku. Być może współczesne adaptacje tak nas przyzwyczaiły do neurotycznego geniuszu Holmesa, że podświadomie szukam tego w każdym dziele traktującym o tej postaci. W którymś momencie Sherlock trafnie zauważa, że „wielkie ego nie wyklucza wielkiego talentu”. Nie mówi tego o sobie, ale trudno odeprzeć myśli, że to bardzo autoironiczne. Tylko gdzie ten talent w „Sherlock Holmes Society”?

Tak czy inaczej, opowieść pochłania się szybko, chociaż wzrok ma ochotę zmniejszyć tempo, by docenić wszystkie detale na kolejnych stronach. Trochę brakuje mi dużych paneli na całą stronę, bo nadają historiom rozmachu, ale z drugiej strony taka skala nie jest potrzebna, bo w zasadzie mówimy o stosunkowo kameralnym śledztwie, które nie ma nadzwyczajnego tempa i nie kończy się w tym tomie. Czy przeczytam kolejny? Oczywiście, mimo wszystko ciekawy jestem zakończenia. Zastanawiam się też, czy autorowi przypomni się, że bycie świadkiem takiej zagłady jak w Keelodge powinno mieć jakiś wpływ na Sherlocka. Tym bardziej, że sam wspomina, że nigdy nie widział większej tragedii. Jakoś go to jednak nie rusza. Pytanie, czy to celowy zabieg scenarzysty, czy brak konsekwencji.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *