Batman: Mroczny książę z bajki

Szaleństwo czy błazenada?

„Batman: Mroczny książę z bajki” jest przede wszystkim fantastycznie narysowany. Gdy trzeba, kadry są niezwykle dynamiczne, a pojazdy wręcz wyskakują z paneli, podobnie jak zbiry okładane przez Batmana. Jednak Marini stworzył również pełne rozmachu plansze, które wspaniale prezentują Gotham – widać, że jest fanem, który wreszcie mógł spełnić marzenie o napisaniu komiksu o Batmanie. Ręcznie nakładane kolory doskonale tworzą złowrogą atmosferę, a całość kojarzy się z filmem nagrywanym w niskim kluczu – miła odmiana od generycznego superhero.

Marini realizował marzenie, więc nie potrafił zrezygnować z sięgnięcia po kultowe postacie jak Joker czy Catwoman – trochę szkoda, bo już tyle razy wiedzieliśmy je w akcji. Sama fabuła nie jest może odkrywcza, ale wciąga na tyle, by przeczytać całość w jednym posiedzeniu. Bruce Wayne musi zmierzyć się z czymś zupełnie niespodziewanym – okazuje się, że może być ojcem małej dziewczynki, którą z kolei porywa Jokera. W końcu trudno o lepszą zakładniczkę niż domniemana córka milionera. O dziwo Książę Ciemności nie chce milionów Wayne’a, lecz żeby kupił bezcenny brylant. W takim skrótowym przedstawieniu historii może to trochę dziwić, ale czy motywacje Jokera naprawdę muszą być zrozumiałe?

Marini bawi się doskonale, a my razem z nim. Joker jest tu dużo mniej przerażający niż ostatnimi czasy – bliżej mu do szalonego błazna niż totalnego psychopaty. W zasadzie mamy ochotę trochę mu kibicować, a także jego związkowi z Harley Quinn. W ekipie Jokera zaskakująco ważną rolę odgrywa pomniejszy przestępca, również przebrany za klauna Archie, który nie przejmuje się niezrównoważonym szefem, bo… nie przejmuje się niczym – od dłuższego czasu walczy z depresją. Ten wątek jest jakimś powiewem świeżości, a z komiksu czyni momentami czarną komedię. Co prawda osłabia to grozę, ale jak wspomniałem, w tym wydaniu Joker i tak raczej nie wzbudza przerażenia. Choć gdy w jednej z pierwszych scen Joker schodzi do piwnicy, w której przetrzymywana jest dziewczynka, z brzytwą w ręce i mówi „Przyniosłem ci mały prezent. Che, che, che!” to można poczuć zimny dreszcz na plecach.

Czy skoro historia nie jest najmocniejszą stroną komiksu Mariniego, to warto po niego sięgać? Zdecydowanie tak – choćby dla samej warstwy graficznej. A warto zauważyć, że komiks wydany jest w większym formacie niż amerykańskie trade paperbacki, więc obcuje się z nim prawie jak z albumem.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Egmont.

 

Dodaj komentarz