Doktor Star i Królestwo straconej szansy

Kameralny rozmach

Zazwyczaj to pogoń za karierą niszczy rodzinne relacje. Źle ustawione priorytety, a przede wszystkim chroniczny brak czasu, którego nie da się nadrobić – wiele osób, które zarabiają olbrzymie pieniądze, w którymś momencie zdaje sobie sprawę, że przegrało życie. Okazuje się, że i altruizm potrafi rozbijać rodziny.

Tytułowy Doktor Star – naukowiec początkowo znany przede wszystkim bardziej jako Jim Robinson – jak przystało na serię redefiniująca superbohaterszczyznę, wyrabia sobie nazwisko (a zasadzie pseudonim) podczas drugiej wojny światowej. Scenarzysta nie pożałował mu też kwestii: „wyślijmy nazistów do piekła”, ale tutaj kończy się sztampa. Doktor Star wcale nie chciał być bohaterem, gwiazdą, ówczesnym celebrytą, chociaż niewątpliwie zachłysnął się zmianą statusu. Przede wszystkim był jednak altruistą, który nie potrafił powiedzieć stop. Dzięki kosmicznej buławie ziemska grawitacja przestała go ograniczać, a wszechświat stanął przed nim otworem. Odkrył życie w innej galaktyce, chciałem pomóc tajemniczym tubylcom, ale za długo zabawił w pobliżu czarnej dziury – na Ziemi minęło kilkadziesiąt lat. Stracił żonę, a na rzecz choroby – syna. Doktor próbuje to naprawić, ale czy da się oszukać czas?

Lemire’owi, jak to jemu, udaje się stworzyć kameralną historię, mimo że główny bohater angażuje się w konflikty o kosmicznej skali. „Doktor Star i Królestwo straconej szansy” to superhero w niemalże intymnym wydaniu, w którym najważniejsza jest relacja ojca z synem i to ją trzeba ratować, a nie cały świat. Tylko że okazuje się, że supermoc nie jest odpowiedzią na każdy problem. Świetna zamknięta historia, w dodatku rewelacyjnie narysowana. Tylko uważajcie, żeby nie pochłonęła Was melancholia, w której tak specjalizuje się Lemire.

Dodaj komentarz