Pamięć nieulotna

Inwigilacja na celowniku

„Odpowiedz sobie uczciwie na następujące pytanie: czy wolałbyś pozwolić współpracownikom, żeby przez godzinę swobodnie i samotnie chodzili po twoim domu, czy żeby spędzili choćby dziesięć minut sam na sam z twoim odblokowanym telefonem?” – pyta w pewnym momencie Snowden. To dobre pytanie, bo bardzo proste, a jednocześnie uświadamiające, jak istotna stała się dla nas nasza cyfrowa osobowość. A skoro jest taka ważna, to chyba warto o nią walczyć, a nawet nie warto, a wręcz trzeba. Do podobnego wniosku doszedł Edward Snowden, ale zajęło mu to kilka długich lat. Wbrew pozorom nie planował od samego początku zdradzić tajemnic państwowych. Nie starał się o pracę w CIA, by zdradzić kraj. Nie chciał tak skomplikować sobie życia, gdy dopiero to życie (dorosłe) rozpoczynał. Wszystko było procesem, a kolejne decyzje były logiczne i nie do uniknięcia. Tak przynajmniej każe nam wierzyć Snowden i trudno mu nie wierzyć, bo to w sumie prosty chłopak.

Snowden jest starszy ode mnie tylko o dwa lata, więc jak opowiada procesorze 486 czy łączeniu się z Internetem przez modem (i towarzyszącej temu kakofonii dźwięków), to z jej strony czuję łączącą nas więź, a z drugiej –  odrobinę mnie to nudzi. Natomiast myślę, że książka jest skierowana do osób nieco ode mnie młodszych, dla których Internet to codzienność i coś permanentnego – Snowden (być może słusznie) zakłada, że osoby urodzone w latach 90-tych i później mogą nie zdawać sobie sprawy, jak kiedyś wygląda sieć, do czego służyła i jak inne panowały w niej zasady. To było stosunkowo niewinne miejsce, w którym anonimowość nie rodziła obaw, ale dawała użytkownikom drugie, często lepsze życie.

Snowden w swojej książce nigdy nie ukrywa, że jest geekiem. W zasadzie to często to podkreśla. W ten sposób chciał pokazać, jak urodzeni w latach 80-tych ludzie wychowywali się wspólnie z technologią, która niczym rodzeństwo stała się naturalną częścią ich życia. Potem ci wszyscy siedzący po nocach z nosem w komputerze zapaleńcy w końcu weszli na rynek pracy i poniekąd wypchnęli z niego poprzednie pokolenie. Bezkompromisowi, utalentowani, ale też nieco naiwni – łatwo dali się wykorzystywać cynicznym przedstawicielom władzy. Sam Snowden chciał wykorzystać swoje umiejętności, by służyć ojczyźnie. Nawet zaciągnął się do wojska, ale musiał zrezygnować ze względów zdrowotnych. W końcu zaczął pracować dla kolejnych agencji, lecz nie od razu dostrzegł trawiącego je raka.

Obowiązki pracowników NSA czy CIA są tak rozproszone, że osobom na niższych szczeblach (chociaż z dostępem do tajnych informacji) trudno jest dostrzec całość. Osobiście obstawiam, że to celowe działanie tych agencji – dezinformacja we własnych szeregach to szczególny rodzaj cynizmu, który jednocześnie daje przyzwolenie na nielegalne działania. Snowden też początkowo nie widział w kolejnych systemach zagrożeń. Więcej, pomagał te systemy tworzyć. Dopiero po jakimś czasie, po pracy w kolejnych miejscach na świecie i nadgorliwym czytaniu wszystkich materiałów, do których miał dostęp, zaczęła mu się klarować wizja całości – masowej inwigilacji i przyzwolenia NSA na ingerencję w prywatne życie obywateli.

„(…) celem NSA jest przechowywanie jak największej ilości informacji przez jak najdłuższy czas – najlepiej na wieczność. Jeśli rejestr łączności danej osoby miał być uważany za prawomocnie zdobyty dopiero w chwili, gdy zostanie wykorzystany, mógł spędzić wieczność w bazie danych, formalnie „niepozyskany”” – zawiłe, prawda? Ale to właśnie chodziło szefom agencji. Żeby wszystko sprowadzić o prawnych haczyków i semantyki. Najbardziej przerażające w tym wszystkim jest to, że nie była to samowolka jakiegoś dyrektora, tylko działania, o których wiedziały najważniejsze osoby w państwie i się na nie zgadzały. Dlatego jeśli Snowden chciał cokolwiek zdemaskować, nie mógł pójść wyżej – konieczne było zwrócenie się do prasy.

„Pamięć nieulotna” nie jest szpiegowskim thrillerem. Daleko mu też do pamiętników doświadczonego polityka, który uczestniczył w niejednej aferze. Dużą część książki Snowden poświęca dzieciństwu i długiej drodze, która doprowadziła go do najtrudniejszej decyzji w życiu. Bohaterowie wcale nie muszą być charyzmatycznie i emanować brawurą. Ważne tylko, by mieli serce w odpowiednim miejscu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *