Świąteczny dyżur

Anegdoty bez lukru

„(…) przez trzy lata z rzędu w trakcie świąt Bożego Narodzenia zamiast otwierać prezenty, otwieram pacjentów” – to zdanie to doskonały przykład stylu Adama Kay. Kąśliwy, czarny, brytyjski humor we współczesnym wydaniu. Kay nie owija w bawełnę – jest dosadny, bywa obrzydliwy, ale przede wszystkim emanuje autentycznością. Czy traktuje innych protekcjonalnie? Czasami można odnieść takie wrażenie, ale z drugiej strony trudno o inną postawę, gdy ludzie walczą o nagrodę Darwina lub nie szanują jego pracy, chociaż może od niej zależeć ich życie.

„Świąteczny dyżur” to naturalna kontynuacja „Będzie bolało”. Zapiski z placu boju młodego ginekologa, tym razem koncentrujące się tylko na samej końcówce roku. Kay uświadamia jak wiele poświęceń związanych jest z zawodem lekarza. Niekończące się dyżury, ciężkie, przerastające psychicznie przypadki czy czasami totalny brak życia towarzyskiego to codzienność. Gdy inni opychają się świątecznymi smakołykami, otwierają prezenty, a największym dylematem jest wybór filmu w telewizji, tysiące pracowników służby zdrowia w okrojonym składzie dba, by po świętach skład społeczeństwa także nie był okrojony.

Kay opisuje wszystkie przypadki i sytuacje z humorem. Nie wynika to jednak z tego, że taki z niego śmieszek – poczucie humoru to raczej naturalny mechanizm obronny organizmu, który codziennie ma styczność z ludzkimi dramatami. Bez tej złośliwej ironii ciężko byłoby nie tylko dobrze wykonywać swoją pracę, ale w ogóle przetrwać w szpitalu. W dzienniku możemy więc znaleźć opisy pospolitej głupoty, która sprowadzała pacjentów na ostry dyżur, czy biurokratycznych absurdów, które utrudniają pracę lekarzom. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w urzędach czy na kierowniczych stanowiskach w szpitalach siedzą bezduszni idioci, którzy resztki intelektu poświęcają na utrudnianie życia jedynym, którzy rzeczywiście robią coś pożytecznego – lekarzom. Na przykład kierownictwo jednego ze szpitali wymyśliło, że samych lekarze każdej specjalności powinni nosić uniform innego koloru. Czy komuś to potrzebne? Czy ma to jakiś sens? Kay trafnie skomentował całą sytuację: „Kiedy alarmowy dzwonek wzywał gdzieś cały zespół, wyglądaliśmy jak drużyna Power Rangers”.

Ale „Świąteczny dyżur” to nie tylko zabawne anegdotki. Kay był świadkiem wielu ludzkich tragedii, które w obliczu takiej, a nie innej pory roku, stawały się jeszcze bardziej gorzkie. Wspomina chociażby sytuację, gdy mówił pacjentce, jak bardzo jest mu przykro z powodu jej poronienia i już czwartego, prawdopodobnie ostatniego podejścia do in vitro. Już sama ta sytuacja może straumatyzować, a w tym konkretnym przypadku gdy Kay składał wyrazy współczucia, w tle ryczał telewizor, by o północy  wybuchnąć wiwatami i radosnym trąbieniem. Myślę, że nikt nie chciałby się znaleźć na miejscu niedoszłych rodziców.

Szczerze polecam każdemu „Świąteczny dyżur” – to świetna i zabawna lektura, bo Kay przede wszystkim jest wnikliwym obserwatorem. Ale nie dlatego polecam jego książkę – warto się z nią zapoznać, by prawdziwie zacząć szanować lekarzy i nigdy, nawet w myślach, nie nazwać ich konowałami.

 

Dodaj komentarz