Mity Cthulhu

Konwulsyjne drgawki

Bardzo wiele osób słyszało o Lovecrafcie i jego mitologii Cthulhu – w końcu co drugi twórca w jakikolwiek sposób związany z grozą wymienia go jak główną inspirację. Mam jednak wrażenie, że dużo mniej osób faktycznie czytało jakieś opowiadania Samotnika z Providence. Jakoś bardzo mnie nie to nie dziwi – nie są one szczególnie przystępne. W zasadzie pozbawione dialogów, dla wielu na pograniczy grafomaństwa, a zawoalowane szaleństwo przyprawia co najmniej o zimne dreszcze. Także próg wejścia jest stosunkowo wysoki. Czy jest jakaś alternatywa? Za takową można uznać „Mity Cthulhu”.

W komiksie znajdziemy dziewięć adaptacji słynnych opowiadań Lovecrafta. Komiksowa forma wymusiła na scenarzyście ogromne skróty – pozostawił jedynie esencje, więc jeśli zależy Wam, by poznać fabularne zarysy tych niegdyś (bo obecnie już nieco mniej) przerażających historii, to będzie to strzał w dziesiątkę. Jak już wspomniałem, w opowiadaniach nie uświadczymy wielu dialogów, więc nie inaczej jest w komiksowych adaptacjach. W efekcie otrzymujemy coś w rodzaju streszczeń czy historii z pierwszoosobową narracją – niekoniecznie tego spodziewamy się po komiksach, ale pozostaje nam to zaakceptować. Tyle tylko, że twórczość Lovecrafta nie jest przerażająca z powodu pomysłów fabularnych, lecz dzięki niezwykłej atmosferze i kunsztownemu językowi, który potrafi omamić, uwieść i sprawić, że nieopisywalne plugastwa takie pozostają, ale czujemy ich obrzydliwą obecność. Większości z tego w „Mitach Cthulhu” brakuje, ale z odsieczą przybywa Alberto Breccia i jego niesamowite rysunki.

Jeśli spodziewacie się ultrarealistycznej oprawy graficznej, detali, które zagoszczą na stałe w Waszych koszmarach… to ich nie dostaniecie. Najbardziej przerażające w horrorach jest to, czego nie widać; to, co pozostaje nienazwane. Breccia to rozumiał i dlatego większość jego rysunków jest bardzo abstrakcyjna, co jednak pozwala oddać atmosferę opowiadań. Zamiast uciekać w dosłowność, stawia na surrealizm – wizualny dyskomfort sprawia, że cała opowieść nabiera głębi. Warto przeczytać wszystkie opowiadania, bo zostały zilustrowane w różny sposób. W niektórych Breccia unika dosłowności, ale możemy poszczególne panele uznać za ilustracje, a w innych (np. kultowy „Zew Cthulhu”) pozwala dojść do głosu podświadomości – dostajemy kolaże plam i maźnięć, które mogły powstać tylko w efekcie konwulsyjnych drgawek wywołanych przez próbę jak najbardziej realistycznego zwizualizowania sobie odstręczającej prozy Lovecrafta.

„Mity Cthulhu” to nie komiks dla każdego. Może służyć jak pierwszy kontakt z Tym Gościem Od Cthulhu, ale chyba jednak warto mieć lekturę pierwowzorów już za sobą. Zastanawiam się, czy w ogóle powinniśmy traktować tę publikację jako komiks – jasne, to pojemne medium, ale zwolennicy nawet tego nieco bardziej alternatywnego mainstreamu mogą poczuć się zawiedzeni. Po pierwsze, całość ma nieco archaiczną formę, która nie próbuje zmieniać charakteru rozwlekłych oryginałów. Po drugiej, obcowanie z tym albumem bardziej przypomina wizytę na wernisażu niż lekturę komiksu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *