Kod Dedala

Zbrodnia w cieniu

Najnowszy film Régisa Roinsarda wchodzi do polskich kin z tytułem „Kod Dedala”. Nie byłoby w tym nic ciekawego, gdyby nie fakt, że w oryginale nosi tytuł „Les Traducteurs”, czyli po prostu – tłumacze. Można to odebrać jako swoisty meta komentarz na temat pracy tłumacza, który ma ogromny wpływ na odbieranie danego dzieła; który to dzieło na nowo tworzy, ale odbiorcy zupełnie nie są tego świadomi.

„Dedal” nie pojawia się oczywiście przypadkowo – taki tytuł nosi bestsellerowa trylogia, której ostatni tom ma niedługo trafić do sprzedaży. Aby uniknąć przecieku (a także podgrzać atmosferę), wydawca decyduje się przedstawić tłumaczom przyszłego hitu propozycję nie do odrzucenia. Mają dać się zamknąć w luksusowym bunkrze, by w odosobnieniu, pod czujnym okiem smutnych Rosjan, tłumaczyć ostatni tom trylogii. Paranoja wydawcy jest tak duża, że nie przekazuje całości tekstu od razu – wydziela, niczym reglamentowane dobro, po dwadzieścia stron dziennie. Odcina zgromadzonych od Internetu i w ogóle całego świata – rekwiruje telefony. Mimo takich środków bezpieczeństwa wkrótce kontaktuje się z nim haker, który żąda milionów euro – w przeciwnym wypadku ujawni publice wyczekiwaną książkę, od której zależy być albo nie być wydawnictwa. Podejrzenia automatycznie spadają na tłumaczy i tak zaczyna się niebezpieczna gra.

„Kod Dedala” to trzy w jednym – ciekawy komentarz na temat rynku wydawniczego, ukazanie często niewdzięcznej roli tłumacza, a także po prostu rasowy thriller z zaskakującymi, ale wiarygodnymi zwrotami akcji. Mogłoby się wydawać, że film o miłośnikach literatury raczej nie będzie obfitował w rosnące napięcie i sam początek utwierdza nas w tym przekonaniu, ale to tylko sprytna zagrywka reżysera, by wzmocnić siłę fabularnych uderzeń. Roinsard udowadnia, że wcale nie potrzeba końca świata, by stawka była wysoka – twórcy filmów superbohaterskich mogliby się uczyć.

Trudno nie zauważyć, że tłumacze w schronie to metafora ich rzeczywistej pracy – pozostają w cieniu, pozbawieni blasku bijącego od autora. W końcu nazwisko tłumacza nie pojawia się na okładce, rzadko też gości w recenzjach; no chyba że mowa o tych negatywnych, bo przecież krytykować jest tak łatwo. Praca tłumacza jest poniekąd transparentna, a przecież w zasadzie tworzy dzieło na nowo, niby na bazie oryginału, lecz od zera – sprzeczność, której nikt nie docenia.

W „Kodzie Dedala” występuje plejada europejskich aktorów. Dominuje język francuski, ale atmosfera jest kosmopolityczna. Bohaterowie nawet bez znajomości języka znad Sekwany byliby się w stanie dogadać – łączy ich literatura. Mamy i natchnioną, nieco pretensjonalną Olgę Kurylenko, jak i cwaniakowatego Alexa Lawthera (w roli tak innej od tej w „The End of the F***ing World”) czy Manolisa Mavromatakisa – pragmatycznego Greka, który widzi w sobie rzemieślnika, a nie kowala słów. Pełne spektrum życiowych postaw. No i nie zapominajmy o Lambercie Wilsonie – jego Eric Angstrom jest nie tyle wyrachowanym wydawcą, co wręcz demonicznym control freakiem. Wzbudza większy niepokój niż niejeden czarny charakter w kryminałach o seryjnych mordercach. Czapki z głów.

Processed with VSCO with a4 preset

Dodaj komentarz