Nienawidzę Baśniowa #4

Konali krótko i płaczliwie

Czwarty tom „Nienawidzę Baśniowa” jest zarazem ostatnim tej szalonej serii. Coś się kończy, więc pojawia się naturalne pytanie – czy jest to satysfakcjonujące? Moim zdaniem w przypadku serii Skottie’ego Younga nigdy nie chodziło o to, by do czegoś doprowadziła, a bohaterka przeszła oczyszczająca przemianę. Od zawsze chodziło za to o lukrowaną makabrę, niezbyt wysublimowane żarty i tworzenie alternatywnego świata, kadry z którego miały zastąpić Youngowi narkotykowe tripy.

W „Konali krótki i szczęśliwie” scenarzysta musi niestety zamknąć wątek Gert. Niestety bo oznacza to demontaż statusu quo. Poprzednie tomy przyzwyczaiły nas do przygód rodem z gier RPG – questów, które wymagają bezsensownych podróży, pokonywania wymyślnych przeszkód, by zdobyć kolejnego MacGuffina. Nie było w tym nic złego – chyba każdy, kto zakochał się w tej serii (łączenie ze mną), zaakceptował taką strukturę opowieści, rozsiadał się wygodnie w fotelu i chłonął niesamowite kadry Younga – z wylewającą się z nich krwawą słodyczą i makabrycznym komizmem. Nie zrozumcie mnie źle – w czwartym tomie tego nie brakuje. Jednak całość ma nieco inny charakter, bo zmierzamy do mety.

Wtrącona do piekła w poprzedniej części Gert musi się z niego oczywiście wydostać, bo staje się ostatnią szansą dla Baśniowa. W roli antagonistki postać doskonale nam już znana, ale nie będę zdradzał, o kogo chodzi. Powracają też inni bohaterowie, trochę jak na zjeździe szkolnym. Samego zakończenia oczywiście Wam nie zdradzę, ale jeśli zinterpretować je dosłownie, to niestety jest przykładem dość rozczarowującego „lazy writing”. Ja odbieram je jednak dowód na to, że cała seria była metaforą i wiele osób zastanowi się, czy ich codzienna praca ma sens.

Dodaj komentarz