Wiedźmin

Połowiczny sukces

Mam mieszane uczucia w związku z serialowym „Wiedźminem”, ale jedno jest faktem – podczas przerwy świątecznej mogłem oglądać wielu filmów i seriali, ale postanowiłem dokończyć właśnie „Wiedźmina”, a chyba właśnie o to chodziło twórcom. Pierwszy sezon miał wzbudzić zainteresowanie, przyciągnąć do ekranów, zarysować świat inspirowany prozą Sapkowskiego. I to się zdecydowanie udało. Jest trochę rzeczy do poprawy, ale dzięki temu, że mówimy o serialu, poprawa jest możliwa – to nie film, że musimy zaakceptować wizję twórców i nie mamy na nią wpływu. Drugi sezon już jest na etapie preprodukcji i na pewno odbiór serialu na świecie nie został zignorowany przez twórców. Liczę, że za rok znowu wszyscy będą się ekscytować przygodami Geralta.

„Wiedźmina” czytałem kilkanaście lat temu. Praktycznie nic nie pamiętam… i cieszę się z tego – mogę oglądać serial jak zwykły widz, a nie fan, który ma ogromne oczekiwania, zazwyczaj niemożliwe do spełnienia. Tak czy inaczej, informacje o świecie i bohaterach czerpię tylko z ekranu. Podobnie jak wiele osób na świecie mnie też początkowo zmyliły różne plany czasowe, bo nie jest to bardzo jasno zarysowane. Z drugiej strony, wystarczy słuchać dialogów, dodać dwa do dwóch i wszystko staje się mniej więcej jasne. Większym problemem jest to, że moim zdaniem zbiór opowiadań to niewdzięczny materiał do adaptowania – w końcu serial nie miał być antologią, lecz dość klasyczną historią. W efekcie należało dopisać wątki Ciri i Yennefer, które nie miały pełnić funkcji dodatków do Geralta, lecz być dla niego partnerkami. Trudno jednak, by te wątki były tak ekscytujące jak przygody wiedźmina. Tylko czy przygody wiedźmina naprawdę są aż ekscytujące? Gdyby nie wątki wspomnianych pań, dostalibyśmy coś w stylu monster of the week – czy taka struktura w zamyśle nowoczesnego i ambitnego serialu pasuje do naszych czasów?

Pamiętam, że gdy pojawiło się pierwsze ogłoszenie o Cavillu w roli Geralta, było sporo hejtu – podobnie jak w przypadku Heatha Ledgera jako Jokera i Daniela Craiga jako Bonda. Ja nie byłem ani podekscytowany, ani zawiedziony. Byłem za to pod wrażeniem, że w serialu i to nie w trzecioplanowej roli (taką postać łatwo uśmiercić) pojawi się naprawdę znane nazwisko. To był dobry znak, bo sugerował, że Netflixa traktuje tę produkcję poważnie i sypnie na nią trochę grosza (you see what I did there?;)). Tak czy inaczej, w końcu doczekaliśmy się premiery i… wciąż nie wiem, co sądzić o Cavillu. Myślę, że w swojej roli jest całkiem wiarygodny, nie mam poczucia, że to gość z mopem na głowie, były Superman, lecz faktycznie zgorzkniały Wiedźmin. Z drugiej mam wrażenie, że w każdej scenie reżyser danego odcinka mówił mu ciągle: „Jeszcze bardziej obojętnie! Nic cię to nie obchodzi! Nie pokazuj emocji!” i efekcie często dostajemy gburowatą postać, ale gburowatą w sposób zdecydowanie przerysowany. Poza tym te jego oczy… Wiem, że nawiązanie do literackiego pierwowzoru, ale wyglądają często mega nienaturalnie. W dodatku wydaje mi się, że czasami montażysta miał za mało materiału i z konieczności wybierał ujęcia z wytrzeszczem – to zabija immersję. Dobra, koniec narzekań – mogło przecież być zdecydowanie gorzej, a fakt, że Cavill naprawdę był fanem uniwersum, procentuje – widać jego zaangażowanie.

PS. No i te krasnoludy… Bardzo dziwna decyzja twórców; jakbyśmy przenieśli się do lat 80tych.

 

 

Dodaj komentarz