Coda #1

Fantasy spotyka postapo

Mam sentyment do fantasy, ale rzadko sięgam po przedstawicieli tego gatunki – chyba po czasach liceum i zaczytywania się w Forgotten Realms przejadły mi się takie klimaty. Wiem, że to literatura często śmieciowa, więc nie można jej podstawie oceniać całego gatunku, ale jakoś tak wyszło, że później fantastyka sporadycznie trafiała do mojego plecaka. Trochę się to zmieniło, gdy na nowo wkręciłem się w komiksy – po prostu łatwiej pochłonąć tom czy dwa komiksu niż jakąś grubaśną trylogię. Po co ten cały wywód? Podchodziłem do „Cody” z dużą dozą sceptycyzmu – no bo właśnie fantasy.

Bardzo szybko zapomniałem o początkowych obawach, bo „Coda” jest niezwykłą mieszanką. Niby fantasy, w którym bohaterowie przemawiają, jakby byli na teatralnej scenie, a z drugiej strony sporo czarnego humoru i szydery w wykonaniu głównego bohatera. A właśnie – nasz protagonista to bezimienny cyniczny bard podróżujący na demonicznym wierzchowcu. Bard, który kłamie jak z nut i bez mrugnięcia okiem (ale za to z usprawiedliwieniem w pamiętniku) posuwa się do zuchwałych kradzieży. Ma jednak klarowną motywację – chcę odnaleźć żonę i uwolnić ją z niewoli… a przynajmniej tak nam mówi, ale czy można mu wierzyć?

Świat przedstawiony w „Codzie” to perełka. Fantasy wymieszane z postapo. Zupełne nie spodziewałem się takiego połączenia. Także mamy magów, paladynów (słusznie obśmianych), wyczerpującą się magię, a jednocześnie nie brakuje całych miast na kołach czy wielkiej armaty na wieży. Okej, ale skąd to postapo? Jak wspomniałem, magia się wyczerpuje – stała się deficytowym towarem, za który ludzie dają się pokroić. Świat, w którym brakuje zasobów, a ludzkie osady są rozsiane na pustkowiach automatycznie kojarzy się z postapokaliptyczną wizją. Tylko tutaj zamiast wojny nuklearnej doszło do jakiegoś incydentu związanego z magią. Jakiego? Tego nie wiemy.

Główny bohater mówi w pewnym momencie: „Najgorzej jest, gdy coś nie wyczerpie się do końca. Ludziom odbija na samą myśl o tym, że mogliby to odzyskać. Lepiej całkiem się czegoś pozbyć, niż czepiać się nadziei”. Ciekawe i trafne spostrzeżenie. Czyż faktycznie nie zabijamy się o trudno dostępne zasoby i często tylko dlatego, że są właśnie trudno dostępne? To przejaw zbiorowej megalomanii – dostać coś, czego chcą wszyscy, a mało kto tego naprawdę, ale to naprawdę potrzebuje. Na tym swoją strategię opierają marki luksusowe. Podobnie jest z produktami kolekcjonerskimi – nieważne, że jakaś figurka to taki sam kawałek plastiku jak wszystkie inne. Ważne, że wyprodukowano ich tylko 1000. Tylko 1000! Fakt, że nie każdy może ją mieć, działa na ludzi jak płachta na byka. Fascynujące zjawisko.

Powyższy cytat odczytuję też jeszcze na jeden sposób. Dotyczy on przeszłości – jak kurczowo się jej trzymamy i nie potrafimy pójść dalej. Nasze wspomnienia to też taki wyczerpujący się zasób. Nie potrafimy odpuścić, nie potrafimy wyjść ze strefy komfortu. Ten wydźwięk „Cody” spodobał mi się najbardziej.

W przypadku tego komiksu nie można też pominąć warstwy wizualnej, a jest absolutnie obłędna. Eteryczna kreska Matiasa Bergary doskonale współgra ze światem, który przed rozpadnięciem się na części powstrzymuje tylko kilka słabo założonych szwów. Efektu dopełniają kolory, o których można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że są stonowane. Skojarzenia z „Mad Max: Fury Road” jak najbardziej wskazane. W „Codzie” nie uświadczycie oczywiście tyle akcji, ale wizja świata jest równie sugestywna.

Dodaj komentarz