Ktoś, kto będzie cię kochał w całej twej nędznej glorii

Długi tytuł, ekonomiczna treść

Nie mam wątpliwości, że do „Ktoś, kto będzie cię kochał w całej twej nędznej glorii” mnóstwo osób przyciągnie sam autor czy raczej fakt, że to on stoi za „BoJackiem Horsemanem”. Mnie również właśnie to zaciekawiło, ale wcale nie dlatego, że lubię tę produkcję Netflixa. W zasadzie to trudno mówić o jakiejś sympatii, bo nie oglądałem żadnego odcinka. Dlatego w takim razie zainteresowałem się opowiadaniami scenarzysty „BoJacka”? Głównie dlatego, że właśnie napisał je scenarzysta – byłem ciekawy, jak odnalazł się w prozatorskiej formie i nie zawiodłem się.

Pisanie scenariusza to coś zupełnie innego niż wyrzucanie z siebie kolejnych opowiadań czy rozdziałów powieści. To wyjątkowo specyficzna forma literacka, która gloryfikuje ekonomiczność – didaskalia są skromne, nawet długie dialogi to jedynie esencja prawdziwej rozmowy. Swoją drogą, to złota zasada scenariopisarstwa – dialogi nie mają brzmieć jak prawdziwe rozmowy, lecz jak mogłyby by brzmieć prawdziwe rozmowy, gdyby interlokutorzy wyrażali się w ekonomiczny i najbardziej błyskotliwy sposób dla swojej grupy. Takie podejście w prozie się nie do końca się sprawdza, ale Raphael Bob-Waksberg wykorzystał swoje doświadczenie, aby unikać lania wody. Czuć też rzemiosło w dialogach, które są jednak umyślnie teatralne, podkręcone i zabawne. Dlatego im do realistyczności, ale nigdy nie miały takie być, więc czy to wada?

O czym jest „Kto cię będzie kochał (…)”? Najłatwiej podsumować, że o miłości. Nie oznacza to, że ta książka w różowej okładce pełna jest tkliwych opowiastek o romansach. Równie częstym tematem jest miłość… ale do samego siebie, więc o naszych potrzebach i tym, co jesteśmy gotowi poświęcić. I czy powinniśmy w ogóle coś poświęcać, bo to równie ważne pytanie. Ewidentnie dla Boba-Waksberga ta książka była swoistym poligonem doświadczalnym. Nie był ograniczony przez format scenariusza filmowego czy tematykę jakiejś konkretnej produkcji. Raczej sam ustalił wspólny mianownik opowieści… i to byłoby na tyle. Dlatego dostajemy zarówno klasyczne opowiadania, jak i krótkie wiersze czy kilkustronicowe wypunktowanie zatytułowane „Nasze wzajemne kłamstwa” (spojler w tytule).

Jak to bywa w takich zbiorach, poziom jest nierówny, choć wysoki. Najbardziej przypadły mi do gustu jednak te klasyczne opowiadania, ale klasyczna forma nie oznacza klasycznej (czy może realistycznej treści), bo np. „Przenajświętsza i najpomyślniejsza uroczystość” opowiada o jakimś alternatywnym świecie, w którym na weselu trzeba złożyć ofiarę z kilkunastu kozłów, zadbać o Wrzeszczący Chór i kupić gigantycznie Jajo Zaręczynowe. Oczywiście to tylko taki surrealistyczny sztafaż, a ważne jest przesłanie – że zarówno ślub, jak i cały związek powinien być ważny dla nas, a nie dla obserwatorów – ale taki świat przedstawiony podkręca jeszcze humorystyczny wydźwięk.

Ciekawa była też „Przeciętniaczka”, której główną bohaterką jest Lucinda pracująca w typowej korpo-kancelarii. Tekst opowiada o niespełnionych oczekiwaniach i  próbie zapomnienia po rozstaniu. Nie tak łatwo się odkochać – niby truizm, ale godny zgłębienia. Nie da się tak łatwo wyrzucić z pamięci ukochanej osoby. Ciągle mamy wrażenie, jakbyśmy przebywali w jej towarzystwie. Dlatego Bob-Waksberg jest wyjątkowo okrutny dla naszej Lucindy i każe jej pracować ze swoim już byłym partnerem. Natręctwo myśli jest nie do zniesienia, a samoocena zalicza skok z przepaści. Mało w tym glorii i chwały, ale dużo życia.

„Kto będzie cię kochał (…)” czyta się bardzo szybko i raczej nie ma szans na nudę – dba o to aż osiemnaście tekstów. Sięgając po zbiór opowiadań o miłości, raczej nie spodziewamy się takiej dawki surrealizmu, czarnego humoru czy elementów fantastyki (i kina superbohaterskiego!), a to właśnie dostajemy od Boba-Waksberga. No cóż, chyba czas sprawdzić tego „BoJacka”.

Dodaj komentarz