Czerwony Syn

Superman w służbie komunizmu

Prosty trik, który zna każdy pisarz czy scenarzysta, to zmienić płeć głównego bohatera, jego otoczenie czy czas akcji. To gwarantuje odświeżenie koncepcji, fabuła tworzy się sama. Podobnie zrobił Mark Millar w obecnie już kultowym komiksie sprzed kilkunastu lat „Czerwonym Synu”. Zadał sobie pytanie – a co by było, gdyby mały Kal-El (w przyszłości Superman) wylądował nie w Kansas, lecz w Związku Radzieckim i wychował się w ukraińskim kołchozie.

„Czerwony syn” to stosunkowo standardowy retelling, który początkowo daje sporo radości, ale jednocześnie sprawia wrażenie pustej bańki. Przeniesienie czasu akcji do schyłkowego okresu panowania Stalina i zrobienie z Supermana towarzysza niesie za sobą wiele ciekawych implikacji. Lex Luthor początkowo nie jest jego zaprzysięgłym przeciwnikiem, lecz amerykańskim geniuszem-naukowcem, nadzieją narodu (który podczas każdej rozmowy dodatkowo jednocześnie rozgrywa kilka part szachów, not cliche at all), a Hipolita jest namawiana przez Stalina do dołączenia do Układu Warszawskiego. Pojawia się też w epizodycznej roli Batman (w uszatce! czadowy koncept, aż sobie POPa sprawiłem), który także występuje w nowej dla siebie roli – terrorysty. Z drugiej strony, czy to faktyczne nowa rola? Granica między działającym poza prawem mścicielem a terrorystą czasami się rozmywa i wiele zależy od perspektywy. Także zaczyna się nieźle, prawda?

Później jednak opada entuzjazm, bo dobry premise wystarcza, by zaciekawić czytelnika, ale sama historia także musi być wciągająca. Podobnie miałem ostatnio z filmem „Yesterday” – po uderzeniu pioruna pewien gitarzysta staje się jedynym, który pamięta Beatlesów i dzięki temu robi ogólnoświatową karierę. Koncept fantastyczny, ale pary starczyło na trailer. U Millara jest podobnie.

Szybko pojawia się konflikt Luthor-Superman, który jednak nie ma w sobie nic ekscytującego (muszą się ze sobą ścierać, bo tak jest w kanonie), choć jest on ciekawą wariacją na temat wyścigu zbrojeń. Ponieważ stosunkowo szybko umiera Stalin, to pojawia się wątek tego, czy na czele ZSRR nie powinien stanąć nadczłowiek – czy tak się dzieje, nie będę Wam zdradzał. Wątek Supermana jako piewcy komunizmu także jest intrygujący, ale nasz lubujący się w rajtuzach kosmita podchodzi do tego ustroju w sposób bardzo naiwny. A może o to właśnie chodziło – Superman jako harcerzyk, prostolinijny chłopak, który widzi świat w czarno-białych barwach.

O warstwie wizualnej nie wspominałem, bo w zasadzie nie ma, o czym pisać – to poprawna kreska superhero, której osobiście nie lubię, ale która nie przeszkadza w czytaniu. Trochę nijaka, jak i cały komiks po tym, jak mija pierwszy zachwyt konceptem. Nie żałuję, że przeczytałem „Czerwonego Syna”, ale czuje się zawiedziony. Nawet desing postaci mnie nieco zawiódł, bo poza perełkami w postaci Batmana zdecydowanie zabrało odwagi.

Dodaj komentarz