Jak zbudowałem swoją pierwszą dioramę

Krew, pot i styrodur

Gdy zaczynałem budować tę dioramę, nie miałem pojęcia, iloma pozytywnymi komentarzami zaowocują jej zdjęcia – ogromne dzięki za wsparcie, miłe słowa i zachęty, by dalej działać. Ponieważ nie spodziewałem się takiego odzewu, to niestety nie udokumentowałem odpowiednio całego procesu powstawania – początkowo nie planowałem na ten temat żadnego artykułu. Ale tyle osób o niego prosiło, że postarałem się stworzyć coś z niczego. Czyli zupełnie jakbym budował dioramę.

Parę osób pytało, czy to faktycznie pierwsza diorama. Potwierdzam, co oczywiście nie znaczy, że to moje totalnie pierwsze zetknięcie z różnymi technikami – w końcu tworzyłem wcześniej różne rekwizyty do zdjęć (np. ruiny widoczne tutaj) czy przemalowywałem POPy. Jednak rzeczywiście pierwszy raz stworzyłem całą scenkę, która miała opowiadać pewną historię.

Wszystko zaczęło się od zapotrzebowania – chciałem jakoś ciekawie pokazać mojego customowego T-51, więc potrzebowałem albo post-nuklearnych pustkowi, albo po prostu czegoś opuszczonego. Wybrałem opcję numer dwa, bo dała więcej możliwości i była bardziej uniwersalna – teraz już wiem, że na pewno z użyciem dioramy zrobię zdjęcia także zupełnie niefalloutowe.

Także wymyśliłem sobie opuszczone podwórko. Od początku widziałem, że będzie musiała się na nim znaleźć beczka, z której wylało się coś toksycznego. Reszta była pustą kartką. Szybko jednak wymyśliłem mały drewniany płotek, a wtedy wyobraziłem sobie całą scenkę. Swoją drogą, całą budowę zacząłem właśnie od płotka – drewniane deski powstały z odpowiednio postarzonych patyczków kreatywnych. Najpierw trochę pokiereszowałem je nożem, a potem w dość chaotyczny sposób nakładałem kolejny warstwy mocno rozwodnionych farb – brązowej, zielonej, ale i niebieskiej. Zastanawiałem się, jak przymocować te deski do podstawy i wtedy wpadł mi do głowy prosty murek. Na tym etapie już narysowałem sobie całą dioramę na kartce A4, więc wiedziałem, gdzie będą poszczególne elementy, więc także jakiej długości musi być ten murek. Wykonałem go tradycyjnie ze styroduru – linie wyznaczające cegły narysowałem długopisem. Następnie pomalowałem go na szaro i potraktowałem gąbką maczaną kolejno w różnych odcieniach brązu i czerwieni. Potem przykleiłem deski i dodałem mech (i winorośl z rozszarpanego sznurka). Pierwszy element gotowy.

Od murku z płotem to całej diorama dość długa droga, ale to dało mi pozytywnego kopa. Wziąłem się więc za samą bazę. Zrobiłem ją z 2-centymetrowego styroduru, bo jest wytrzymały i lekki. Przed płotem wymyśliłem sobie betonowe płyty. Zrobiłem je, zaskoczenie, ze styroduru, ale zdecydowanie cieńszego. Mogłem po prostu narysować te kwadraty, ale zależało mi na przerwach między płytami, w których finalnie miała się pojawić trawa i mech.

Diorama nie mogła być płaska jak naleśnik. Dlatego w jednym z rogów przykleiłem kawałek styroduru – tam też planowałem posadzić drzewo, które finalnie zrobiłem ze zwyczajnej znalezionej w lesie gałęzi. Sama gałąź wyrastająca z ziemi nie wyglądała zbyt realistycznie, więc pień i korzenie uformowałem z… gładzi szpachlowej. Nie wiem, czy to najlepszy materiał, ale bardzo tani i łatwo się go rozrabia. Większość dioramy pokryłem właśnie gładzią, żeby uzyskać ciekawszą teksturę i różne wysokości. Ostały się jedynie wspomniane wcześniej betonowe płyty oraz sam środek, w którym miał się znaleźć toksyczny wyciek.

Baza była gotowa, więc można było się wziąć za malowanie. Najpierw jakaś baza – ponieważ większość miała być ziemią czy fragmentem drzewa, to wybrałem brąz (próbka farby z Castoramy – nie trzeba do takich dioram żadnych specjalistycznych farb). Natomiast płyty pomalowałem na szaro.

Niestety w zasadzie tutaj kończą się moje materiały od kuchni. Później nastąpiła faza malowania – przykładowo na te płyty nałożyłem pewnie z pięć warstw farby. Czasami mocno rozwodnionej, czasami metodą suchego pędzla. Cały czas wydawały mi się za szare, wręcz niebieskawe i chłodne, więc ocieplałem je mieszankami ochry i jasnego brązu. Na końcu użyłem też trochę szarego pigmentu modelarskiego, żeby dodać takiego naturalnego pyłu.

Każda diorama ożywa, gdy zaczyna się dodawać roślinność. No ale ten suchy sterczący badyl trudno było uznać za przedstawiciela flory. Od początku wiedziałem, że potrzebna będzie realistycznie wyglądająca trwa. Skorzystałem z tzw. trawy elektrostatycznej (dwa rodzaje długości, trzy rodzaje kolorów), którą posadziłem, używając elektrosadzarki. Dzięki temu trwa stoi, a nie leży. Brzmi dziwnie, ale oddaje rzeczywistość. To niby szczegóły, ale to one robią różnicę.

A propos szczegółów – co to za opuszczone miejsce, w którym byłby tylko trawnik rodem z pola golfowego? Dlatego dodałem m.in. malutki młotek przy beczce, kilka rozrzuconych cegieł, ale też pluszowego misia (zauważyliście?). Takim detalem jest też huśtawka, którą planowałem od samego początku. Zrobiłem ją z opony… lego. A w zasadzie z połowy, bo ją pociąłem na trzy części. Jedna została wykorzystana też w innym miejscu – na prawo od beczki leży porośnięta mchem opona, z której wystają cegły. Wracając do huśtawki – początkowo opona miała wisieć na sznurku, ale już pierwszy test pokazał, że średnio to wygląda. Dlatego wykorzystałem łańcuszek z jakiegoś taniego wisiorka. Żeby nie lśnił nowością, pomalowałem go na czarno, potem dry brush metalicznym kolorem i na końcu potraktowałem klejem i sporą ilością pigmentu imitującego rdzę.

Jak w każdym tego typu projekcie, niektóre rzeczy można (trzeba?) było zrobić inaczej. Traktuję to jako lekcję na przyszłość.

Przede wszystkim ten toksyczny wyciek zrobiłbym z żywicy epoksydowej, która w modelarstwie jest powszechnie wykorzystywana do uzyskania efektu wody. Ja natomiast pomalowałem dno na zielono-żółto i nałożyłem kilka warstw kleju typu wikol. Normalnie, gdy nakłada się go niewiele, po wyschnięciu staje się przezroczysty. U mnie jednak pozostał mleczny. Być może za szybko nakładałem warstwy. Już myślę o kolejnym projekcie, gdzie będę mógł wykorzystać żywicę – tym razem mam zamiast odrzucić myśli, że to zbyt skomplikowane czy że na pewno coś zrobię źle i zepsuję projekt.

Gdy już sfotografowałem dioramę i wrzuciłem zdjęcia do sieci, uzmysłowiłem sobie, że wciąż czegoś mi na niej brakuje – że mimo wszystkich drobiazgów i brudu wciąż jest za sterylna. Olśniło mnie, że brakuje na niej liści. Także dołożyłem takowe, a zrobiłem je przy pomocy sprytnego gadżetu Leaf Punch. To w zasadzie taki dziurkacz, który zamiast kółek produkuje male listki. Można je nim wycinać zarówno z prawdziwych suchych liści, jak i odpowiednio pomalowanego papieru.

Jeszcze parę słów o samym finalnym zdjęciu z dioramą i POPem – bo przecież nie chodziło o zrobienie dioramy dla dioramy, lecz żeby wykorzystywać ją jako element scenografii. Chciałem ograniczyć postprodukcję, więc zrobiłem fotkę na tle monitora. Samo tło też wcześniej odpowiednio spreparowałem, bo nie mogłem znaleźć odpowiedniego zdjęcia, zależało mi na płynnym przejściu między dioramą a tłem. Myślę, że się udało. Finalnie zmieniłem trochę kolor całości – dodałem pomarańczowe światło, bo bez niego wszystko wyglądało trochę zbyt sielsko, a mało falloutowo.

A tak to wyglądało od kuchni:

A na koniec jeszcze kilka zdjęć samej dioramy:

Tradycyjnie zachęcam do obserwowania mojego profilu www.instagram.com/lukasz.wasilewski

Dodaj komentarz