Wyzwanie stoika

Po ratunek do filozofów

Gdy znajomy dowiedział się, że czytam „Wyzwanie stoika” autorstwa profesora filozofii, jego twarz wykręcił grymas. Tym mocniejszy, gdy dowiedział się, o czym traktuje książka – jak sobie radzić z komplikacjami, które przenosi codziennie życie. „Profesor filozofii? Co on wie o życiu?” – zapytał znajomy z wyczuwalną wyższością. Takie tam pogaduszki na placu zabaw, ale dało mi to do myślenia, a w zaciszu domowym zadałem sobie inne pytanie – co o życiu wiedzą wszelkiego rodzaju coachowie? Sprzedają masom motywacyjną papkę, która nie ma żadnych podstaw merytorycznych. Natomiast William B. Irvine (czyli autor tej książki) odwołuje się do zasad starożytnych filozofów, odkryć psychologów i zjawisk zbadanych przez specjalistów od ekonomii behawioralnej. I wiecie co? Mnie to przekonuje i przekonywałoby, nawet gdyby William był totalnym teoretykiem bujający w obłokach, ale wydaje się zwyczajnym gościem, który musi sobie radzić z przeciwnościami losu tak jak każde z nas.

Skoro już przywołałem motywacyjnych coachów, to jeszcze na chwilę przy nich zostańmy. Zazwyczaj powtarzającym się komunikatem jest już przerobione na tysiące memów „jesteś zwycięzcą!” i różne jego wariacje. Samozwańczy motywatorzy każą uwierzyć w siebie, podchodzić do życia optymistycznie, a porażek unikać chyba siłą woli. Irvine proponuje zupełnie inne podejście – natomiast zamiast wierzyć, że wszystko pójdzie po naszej myśli, sugeruje, by zakładać może nie najgorsze, ale jednak jakąś porażkę. Wtedy prawie każde rozwiązanie sytuacji będzie łatwiejsze do zaakceptowania. I nie jest to wydumana teoria, lecz wykorzystanie zjawiska zwanego kotwiczeniem oraz negatywnej wizualizacji. Przyznacie, że to trochę co innego niż „visualisation level up” – swoisty performance zrealizowany przez blogera Łukasza Jakóbiaka, który tak bardzo chciał być gościem w programie Ellen DeGeneres, że wybudował replikę jej studia i zatrudnił sobowtórkę słynnej showmanki. Cringe w najczystszej postaci, który nie poprawi jakości niczyjego życia.

„Hart ducha nie jest cechą wrodzoną, lecz umiejętnością nabytą –  uczymy się jej jak jazdy na rowerze czy języka obcego” – stwierdza, czy raczej przypomina autor, bo to przecież żadne odkrycie. Jednocześnie oskarża bezstresowe wychowanie o szkodliwy wpływ na odporność psychiczną i trudno się nie zgodzić – gdy wszystkie trudności są nam usuwane sprzed nóg, wystarczy jedna komplikacja, by zaliczyć upadek; by się zestresować i sfrustrować. Czy to zaskakujące? Chyba nie – przecież wszystko trzeba trenować, także odporność na przeciwności losu. A te, gdy już się przydarzą, wcale nie muszą być źródłem trosk – bardzo wiele zależy od ram interpretacyjnych, bo „w jednej ramie psychologicznej trudna sytuacja wytrąci nas z równowagi, a w innej zmotywuje do podjęcia wyzwania”. Oczywiście ta zmiana nie nastąpi z dnia na dzień, ale uświadomienie sobie, jak działa nasz własny umysł pozwala nad nim zapanować i przekształcać komplikacje w stoickie próby.

„Wyzwanie stoika” nie obiecuje, że dzięki prostemu trikowi przestaniemy się wkurzać, gdy ucieknie nam autobus albo pralka zepsuje się dzień po upływie gwarancji. Takie rzeczy mogą obiecywać tylko motywacyjne broszurki, których wiarygodność jest porównywalna do horoskopów. Zamiast tego William B. Irvine z spokojem godnym stoika opisuje, dlaczego na pewne rzeczy reagujemy tak, a nie inaczej, i jak przechytrzyć własny umysł, korzystając ze zdobyczy psychologii. Jakoś w objęciach profesora filozofii i jego idoli (starożytnych filozofów, takich jak Seneka czy Juliusz Kanus) czuję się bezpieczniej niż wśród publiki nawiedzonych coachów. Czy będę potrafił przekuć komplikacje w wyzwania? To już zależy tylko ode mnie.

Dodaj komentarz