Listy do astrofizyka

Korespondencja nie z tej ziemi

Neil deGrass Tyson nie jest pozerem. Może to dziwne posądzać o coś takiego naukowca, ale pamiętajmy, że Tyson przede wszystkim jest popularyzatorem nauki i na tym zbudował swoją markę osobistą. Mógłby ograniczać się do występów w roli autorytetu w programach popularnonaukowych, ale wtedy bliżej byłoby mu do celebryty. Żeby nie stracić kontaktu z odbiorcami, Tyson osobiście odpowiada na kierowaną do niego korespondencję.

Po trzech wydanych na polskim rynku książkach, w których Tyson przybliżał nam w formie esejów mniej i bardziej skomplikowane koncepcje, czwarta publikacja ma zupełnie inny charakter. Znajdziemy w niej wspomnianą wyżej korespondencję – wysyłane do Tysona i tradycyjne listy, i maile, ale też listy otwarte, które pisał do różnych redakcji czy instytucji. Przekrój nadawców jest ogromny – mamy zarówno kolegów po fachu (innych naukowców), jak i nauczycieli, więźniów, dzieci czy głęboko wierzących Amerykanów, którzy nie potrafią pogodzić religii z nauką. Tym ostatnim Tyson poświęca sporo stron. Prawda jest taka, że nasz lubiany astrofizyk mógłby ich, kolokwialnie mówiąc, zaorać (i poniekąd to robi), ale jego odpowiedzi zawsze są elokwentne, wyważone i wcale nie takie protekcjonalne. Inna sprawa, że Tyson przywołuje też (najczęściej w formie streszczeń) odpowiedzi niektórych osób i widać pewien trend – gdy jego replika się nie podobała, nadawcy często robili się agresywni i odsądzali go od czci i wiary. Życie.

Tyson sporo miejsca poświęca analfabetyzmowi naukowemu (zaskakująco rozpowszechnionemu w USA) – trudno uwierzyć, że wciąż jest mnóstwo osób, które są przekonane, że Ziemia jest płaska czy ma zaledwie 6 tysięcy lat, a ludzie pochodzą od Adama i Ewy. W Stanach to realny problem i nawet nauczyciele, którzy powinni stać na straży nauki, czasami głoszą wyssane z palca teorie pokroju kreacjonizmu. Wbrew pozorom Tyson nie jest jednak przeciwnikiem religii jako takiej. Sam zresztą pisze: „Nigdy nie było (i nie jest) moim zamiarem w ten czy inny sposób wpływać na zmianę czyjegoś systemu wierzeń. Pragnę jedynie zachęcać ludzi, by myśleli samodzielnie, zamiast zostawiać myślenie innym”. Nie jest jednak w stanie nie zauważyć, że religia nie powinna mieć żadnego związku z nauczaniem przedmiotów przyrodniczych. Nie wiem, czy trzeba to w ogóle tłumaczyć. Co ciekawe, częściej to religia aktywnie wchodzi w konflikt z nauką niż odwrotnie. W jednej z odpowiedzi na listy Tyson zwraca uwagę, że: „Niedawno w stanie Georgia rada szkoły chciała przykleić na okładce podręczników do biologii specjalne zastrzeżenie. A nie spotka pan naukowców wnioskujących o przyklejanie takich informacji na egzemplarzach Biblii”.

Warto dodać, że odpowiedzi Tysona są nie tylko elokwentne, ale też zwyczajnie dowcipne, dzięki czemu nawet skomplikowane kwestie wydają się dużo prostsze, a nie taką cienką książkę pochłania się w dwa wieczory. Tyson przyznaje, że od czasów liceum był geekiem (czy nawet nerdem i w ten sposób pociesza jednego z nadawców, który czuł się wyalienowany w swojej szkole) i nie rezygnuje z żadnej sytuacji, gdy może wtrącić mały żart słowny. A jak w ogóle Tyson pisze? Zobaczcie sami: „Chociaż to nie ja osobiście zdegradowałem Plutona z rangi planety, z pewnością się do tego upokorzenia przyczyniłem. To mnie uczyniło wrogiem publicznym uczniów podstawówki w całym kraju”.

W jednym z ostatnich rozdziałów Tyson zwraca uwagę na ciekawą i jednocześnie niepokojącą kwestię – naukowe głupoty w hollywoodzkich filmach. Przyznaję, że sam wielokrotnie broniłem filmu tekstem: „to tylko blockbuster, akcyjniak udający sci-fi, nie musi być superpoprawny pod względem praw fizyki”. Teraz widzę że to był błąd. Dlaczego? Zgadzam się z Tysonem, że skoro można dopilnować wyglądu strojów (i to takich detali jak odpowiednie guziki) czy wystroju historycznych wnętrz, to dlaczego nie zadbać o poprawność naukową? Ignorując tę kwestię, deprecjonujemy naukę i poniekąd dajemy publiczne przyzwolenie na traktowanie nauki z przymrużeniem oka. A wbrew pozorom to nauka, rozwijana w laboratoriach i umysłach genialnych ludzi, ma największy wpływ na rozwój naszej cywilizacji. Bez szacunku dla nauki, naukowcy także nie będą szanowni, a w którymś momencie ktoś może stwierdzić, że w ogóle są niepotrzebni i marnują pieniądze podatników. To byłby dość niebezpieczny kierunek, prawda?

„Listy do astrofizyka” to lekka lektura, poruszająca wiele zróżnicowanych tematów. Wbrew pozorom wiele z nich nie dotyczy bezpośrednio astrofizyki, ale obcując z zaangażowaniem Neila deGrasse’a Tysona, łatwo nabrać ochoty, by sięgnąć po jego inne książki, w których koncentruje się już na kwestiach, które pomagają zrozumieć, czym jest perspektywa kosmiczna.

Dodaj komentarz