Outpost

Niewiedza jest błogosławieństwem

Osamotniona Placówka na rubieżach, która broni mostu kolejowego spowitego zieloną, toksyczną mgłą. Od razu kojarzy się z postapo, prawda? Ze światem, w którym coś poszło nie tak, a ludzkość zamiast myśleć o eksplorowaniu Układu Słonecznego czy oddawaniu się sztuce, ma w głowie tylko jedno – przetrwanie. Klimaty postapokaliptyczne zawsze wydały się niezwykle oderwane od naszej rzeczywistości. Co prawda twórcy nas straszyli, że wystarczy jakiś kataklizm, kolejna wojna światowa, by w ciągu pokolenia czy dwóch cofnąć się w rozwoju o całe wieki, ale umówmy się – było to grożenie palcem, którego nikt nie traktował poważnie. Aż nagle rok temu na świecie zaczął rozprzestrzeniać się wirus, do tego ogólnoświatowa pandemia, regularne kwaratanny i lockdown. Siedzimy w domach i robimy wszystko, żeby nie zdziczeć. Mamy paczkomaty, mamy Amazona, możemy mieć wszystko, więc póki co nie grozi nam walka o ostatnie konserwy czy kanistry z benzyną. Ale to tylko rzeczy materialne, a co z naszą psychiką? Dlatego lektura najnowszej powieści Glukhovsky’ego to w naszych czasach wyjątkowo osobliwe doświadczenie.

Tytułowa Placówka znajduje się na wschodniej granicy Imperium Moskiewskiego. Nie wiemy, kiedy powstało i w jakich okolicznościach, ale jedno jest pewne – świat zmienił się nie do poznania, zmieniły się też priorytety. Około stu osób mieszka w zniszczonym Jarosławiu nad Wołgą. Każdego dnia wpatrują się w zieloną mgłę, w której skąpany jest most nad rzeką. Kolejni wartownicy odbębniają swoje zmiany, ale to formalność, bo wroga nie ma – nikt nie atakuje. Chociaż Komendant Placówki co rusz podkreśla, jak ważne zadanie dała im ojczyzna, to nikt w to nie wierzy. Wszystko się zmienia, gdy którego dnia z mgły wyłania się tajemnicza postać. Nie zdradzę wiele, jeśli powiem, że jest to głuchy duchowny – ojciec Daniił. Traktują go, z oczywistych względów, podejrzliwie, a ten mówi bardzo nieskładnie – nie da się z niego wyciągnąć informacji, co jest po drugiej stronie rzeki. A może świadomie nie chce tego zdradzić?

Całą historię obserwujemy z punktu widzenia kilku postaci m.in. wspomnianego Komendanta – upodlonego służbisty; Jegora – jego nastoletniego pasierba, któremu w głowie nastoletnie myśli, który potrafi sam wybrać się w niebezpieczne rejony, by zdobyć telefon, którym zaimponuje dziewczynie; Michelle – dwudziestoparoletniej dziewczyny, skazanej na życie z wiekowymi dziadkami, która każdego dnia uświadamia sobie, jak bardzo nie chce być w Placówce. W przeciwieństwie do Jegora ona już rozumie, że być może jej życie zawsze będzie tak wyglądać i nie jest w stanie tego zaakceptować. Marzy o miłości, ale może to tylko pretekst, żeby wynieść się z tej zapomnianej przez świat mieściny?

Rozedrgany styl Glukhovsky’ego nie ułatwia czytania, ale ułatwia wczucie się w mieszkańców Placówki – w ich pozbawiony sensu żywot, który w zasadzie jest ledwie wegetacją, bez jasnego celu, bez środków do życia. W takiej sytuacji organizm reaguje zrywami, łapie się każdej nadziei, akceptuje rzeczy, na której kiedyś by nie spojrzał. W przypadku tej historii są to m.in. kazania nawiedzonego ojca Daniiła. Duchowny nie rozumie pytań, które są mu zadawane, ale ludziom to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, w chaotycznych wypowiedziach doszukują się większego sensu. Muszą, bo co innego im pozostało, gdy Moskwa nie przysyła jedzenia (choćby były to parszywe konserwy), a zamiast tego są karmieni opowieściami o rychłej ekspansji Imperium? Co ich to w ogóle obchodzi? Taka skala globalna dla zwyczajnego człowieka w ekstremalnych warunkach nie ma żadnego znaczenia. Zaczynają się więc pojawiać myśli, że może powinni się usamodzielnić, eksplorować, otworzyć na ewentualnych przybyszy zza drugiej strony rzeki. To przejaw ich desperacji, bo przecież nie wiedzą, co tam się czai.

Niewiedza jest błogosławieństwem, ale też może człowieka wykończyć psychicznie. Mieszkańcy Placówki wypełniają pozornie bezcelową służbę i na tę bezcelowość narzekają. Jednocześnie nikt się nie pali, by przekonać się, co jest za mostem. Czy ktokolwiek tam żyje, czy cała historia to efekt sprawnie działającej propagandy. Wolą nie sprawdzać, bo jeszcze okazałoby się, że ktoś potrzebuje ich pomocy. Trudniej byłoby wtedy odmówić. Także chociaż niewiedza może budzić grozę, to czasami lepiej nie wiedzieć – nie trzeba się tłumaczyć, choćby przed samym sobą.

„Outpost” nie jest lekką rozrywkową lekturą. Chociaż to oczywiście powieść gatunkowa, w której obyczaj miesza się z grozą, to jak wspomniałem we wstępie – jest to bardzo aktualne. Sama Placówka to miejsce pełne brudu – i namacalnego, i mentalnego. Babranie się w nim razem z bohaterami momentami może przytłaczać, ale historia wciąga i jesteśmy ciekawi przede wszystkim tego, do czego bohaterowie są w stanie się posunąć.

Dodaj komentarz