Filozofia dla zabieganych

Przebieżka bez zadyszki po myślach wielkich myślicieli


„Filozofia dla zabieganych” już na okładce oznajmia, że jest małą książeczką. Kłamstwo! Format może nieduży, ale stron aż 500. Także raczej do kieszeni się nie zmieści. Można powiedzieć, że ta książka od początku stara się nam powiedzieć, że rzeczywistość jest trochę bardziej skomplikowana i nie możemy ufać nawet podszeptom własnej świadomości. A tak bardziej serio, to format tej książki jest bardzo istotny – czyta się ją szybko, a pojedyncze rozdziały mają 3-4 strony. Dzięki temu autor nawet skomplikowane koncepty zmuszony jest przedstawić w sposób zrozumiały dla laika, a to przecież kluczowe.

Książka Jonny’ego Thomsona to próba odpowiedzi na dość karkołomne wyzwanie – opowiedzieć o słynnych filozofach i ich konceptach bez przynudzania i nadmiernego backgroundu. Tematy filozoficznie interesują mnie od zawsze, ale raczej gdy pojawiają się w różnych przejawach popkultury. Nigdy nie odważyłem się, by sięgnąć po dzieło jakiegoś filozofa. Podejrzewam, że wiele osób ma podobnie i także nie sięga do źródła, bo obawia się zbyt abstrakcyjnego sposobu formułowania myśli. Może wcale tak nie jest, ale w życiu kierujemy się właśnie założeniami.  No dobrze, ale wróćmy do książki – czy Thomsonowi udało się skrócić biografie filozofów? Nie, bo wcale tego nie robi. Okej, a czy udało mu się opisać ich opracowywane przez całe życie filozoficzne koncepty? Także nie, bo raz, że to zadanie niemożliwe, dwa – nie miałoby to sensu.

 

W takim razie jaką strukturę ma „Filozofia dla zabieganych?”. Autor podzielił ją nie na epoki czy filozofów, lecz na takie sekcje jak „Etyka”, „Sztuka”, „Religia i metafizyka” czy „Filozofia codzienna”. I taki Nietzsche może pojawić się w kilku sekcjach. Na przykład w „Filozofii egzystencjalnej” mamy mini rozdział „Nietzsche” o byciu silnym”, a w „Sztuce” – „Nietzsche o Apollonie i Dionizosie”. Takie rozdziały mają dosłownie 3-4 strony co w połączeniu z małym formatem oznacza, że czyta się je dosłownie parę minut. Akurat, żeby czytelnik dotychczas unikający filozofii nie zdążył się znudzić. Oczywiście przez narzucone samemu sobie ograniczenie Thomson nie jest w stanie szczegółowo opisać danego konceptu. Często też bardziej nakreśla nam, jakie dany myśliciel zadawał pytania, nie jakie miał konkretnie „rozwiązania”. Ale w sumie filozofia to sztuka zadawania odpowiednich pytań.

Celowo napisałem powyżej myśliciel, nie filozof. Dlaczego? Bo na kartach tej niedużej książki obok Arystotelesa czy Kanta pojawiają się też Asimov (pisarz), Joker (komiksowy złoczyńca) czy Thanos (międzygalaktyczny tyran). Niektórzy powiedzą, że to trywializowanie filozofii. Dla mnie jest wręcz przeciwnie – tym prostym zabiegiem Thomson udowadnia, że filozofia jest wszechobecna i często pojawia się w popkulturze, ale po prostu nikt nie używa nazw konceptów filozoficznych do opisu rozważań bohaterów. Myślę, że wiele osób, gdy uświadomi sobie, że zastanawianie się nad ludzką naturą to w zasadzie filozofia, chętnie sięgnie po opracowania związane z tą dziedziną.

Wszyscy jesteśmy teraz zabiegani i to nawet, gdy pracujemy czy uczymy się z domu. Ciągle coś walczy o naszą uwagę – czy to powiadomienia w social mediach, czy nowe seriale produkowane w rekordowym tempie przez Netflixa i innych streamerów. Koncepcja takiej książki jak „Filozofia dla zabieganych” to znak naszych czasów, gdy z przymusu czytamy tylko nagłówki i streszczenia. Thomson rozumie te współczesne potrzeby i udanie wypracował formę, która ma szansę przebić się przez te wszystkie stymulatory prokrastynacji, którymi jesteśmy otoczeni. Autor sprawił, że filozofia wydaje się zwyczajnie ciekawa i nie ma w niej żadnego nadęcia. Krótko mówiąc, Thomson obniżył próg wejścia, a to bardzo ważne w czasach, gdy pogłębiają się różnice klasowe i obserwujemy przybierający na sile bezrefleksyjny elitaryzm.

Dodaj komentarz